Demokracja Energetyczna

Mamy słońce i wiatr. Róbmy prąd

Wczoraj była okazja przekonać się, jak z baterii słonecznych powstaje prąd, który może służyć mieszkańcom na ich potrzeby, a jego nadmiar może być sprzedawany do sieci.


Tak dzieje się już w wielu krajach Europy, gdzie przełamuje się monopol wielkich koncernów energetycznych i gdzie ludzie sami stają się producentami prądu na potrzeby swoje i swoich sąsiadów. Idea "demokracji energetycznej" staje się coraz bardziej popularna, bo jest ...tańsza. - Mamy słońce i mamy wiatr - tłumaczyła Beata Maciejewska, jedna z uczestniczek wczorajszej debaty w urzędzie gminy. - Technologia pozwala nam z nich korzystać. A mówimy o demokracji energetycznej dlatego, że chcemy współdecydować o tym, z jakich źródeł będziemy czerpać energię.

Debata odbyła się z inicjatywy Radka Sawickiego ze "Wspólnej Ziemi" i wójta Zbigniewa Szczepańskiego, który zasiada w zarządzie stowarzyszenia gmin promującego odnawialne źródła energii. - Choćby dlatego nie mogłem odmówić temu zaproszeniu - żartował.

Gośćmi byli Beata Maciejewska, przewodnicząca rady fundatorów Zielonego Instytutu, Dariusz Szwed, ekonomista i ekolog oraz Michał Kitkowski, który pokazywał przed starostwem, jak działają słoneczne baterie, a potem omówił wszelkie techniczne szczegóły związane z ich funkcjonowaniem.

Maciejewska wskazywała, że warto pójść tą drogą, bo będzie taniej i bezpieczniej dla środowiska. Powstaną też "zielone" miejsca pracy. - Koncerny nie chcą oddać pola - mówiła. - A wiatr i słońce są za darmo, płacimy tylko za urządzenia, które pozwalają nam z nich korzystać.

Dariusz Szwed przywoływał przykład Niemiec, gdzie zamknięto wszystkie elektrownie atomowe i gdzie zielona energia ma coraz większe wzięcie. - A u nas przez trzy lata Sejm nie jest w stanie uchwalić ustawy o odnawialnych źródłach energii - ubolewał. - U nas projekt liczy 200 stron, ich ustawa ma stron 25 czy 30. Państwo może być przyjazne dla obywateli, ale u nas idzie to trochę nie tak...

Hasłem "Mamy słońce i wiatr - róbmy prąd" zachęcał, żeby także na Pomorzu wziąć sprawy w swoje ręce i powiedzieć "nie" elektrowni atomowej.

Kij w mrowisko włożył Jacek Studziński, który na przykładzie lamp fotowoltaicznych w parku 1000-lecia pokazywał, że kosztowna inwestycja nie zwróci się i za 100 lat. - Te koszty to nie tylko same lampy - prostował projektant Zdzisław Kufel. - Spokojnie, zwrócą się i za 30 lat...



do góry