Demokracja Energetyczna

Czy jesteśmy zbyt biedni na „zieloną innowację”?

W Polsce temat bezpieczeństwa energetycznego jest poruszany zbyt rzadko. Potrzebna jest odpowiedź na pytanie jak rozwój energetyczny wpływa na rozwój społeczny. W Polsce debata na ten temat jest w najlepszym przypadku niesłyszana. Lukę zauważyli socjaldemokraci, którzy postanowili rozpocząć działanie w sprawie ekologicznej polityki przemysłowej.


Kolejna debata zorganizowana przez fundacje Ferdinanda Lassalle'a i Friedricha Eberta na temat myśli socjaldemokratycznej wybiega dalece poza wyznaczone ramy dyskursu stricte ideologicznego. Sejmowa konferencja "Polityka energetyczna i zielona gospodarka. Wyzwania dla polskiej socjaldemokracji" ukazuje, jak wiele można zmienić w Polsce poprzez proekologiczne działanie, które wśród wielu grup społecznych oceniane jest przez pryzmat zabarwionego pejoratywnie obrazu medialnego. Rzeczywistość jest zupełnie inna od obiegowych plotek dotyczących zielonej energii, "zielonego myślenia" czy działań ekologów.

Unijna strategia o nazwie "Europa 2020" zakłada ograniczenia w celu ochrony klimatu i ulepszenia wykorzystania energii. Dlatego do roku 2020 państwa członkowskie powinny ograniczyć emisję gazów cieplarnianych o 20-30 proc. (w stosunku do roku 1990). 20 proc. ma stanowić energia ze źródeł odnawialnych, a efektywność energetyczna ma wzrosnąć o 20 proc. Jak widać, cele szczytne i proekologiczne, pytanie czy uda się to osiągnąć w Polsce? Jak na razie się na to nie zanosi.

W czasie konferencji dyrektor fundacji F. Eberta Knut Dethlefsen podkreślał, że w Niemczech zielona polityka jest sukcesem - dzięki niej powstało 262 tys. nowych miejsc pracy. Patrząc na Niemcy i Francję widać, że można równocześnie zarabiać i oszczędzać energii. Dethlefsen ma także nadzieje, że socjaldemokracja w Polsce odkryje potencjał do rozwoju i stworzenia debaty o zielonej gospodarce i jej wpływowi na rozwój przemysłu, bowiem dzisiejszym wyzwaniem są zmiany klimatyczne.

Na podstawie przedstawionego na konferencji raportu dr Szymona Szewrańskiego pt. "Perspektywy zielonego wzrostu w Polsce" można stwierdzić, że gospodarcze i społeczne zmiany "na zielone" są możliwe do osiągnięcia przy odpowiednim wysiłku. "Zielony wzrost" to lekarstwo na problemy związane z energetyką w postaci m.in. wartości emisji czy eksploatacji paliw kopalnianych. Taka strategia byłaby w stanie poprawić także bioróżnorodność i czystość rolnictwa oraz rozwiązać problem drożejącej gospodarki komunalnej.

Trzeba działać bo jak zauważa Szewrański Polacy "zużywają" dwukrotnie więcej obszarów gruntowych niż przypada im w skali globalnej. Co więcej, w sytuacji kiedy według statystyk mamy najmniej zasobów wodnych na mieszkańca w całej Unii Europejskiej (jesteśmy trzeci od końca) nasze zużycie tego surowca jest duże (choć na szczęście zaczyna stopniowo maleć).

Kiedy patrzymy na eksploatację paliw kopalnych, również nie jest zbyt "zielono". Najwięcej energii elektrycznej w Polsce pochodzi z węgla i ropy naftowej. Roczna produkcja węgla kamiennego i brunatnego maleje, ale od 2008 roku importujemy te paliwa ze wschodu (głównie z Ukrainy i Rosji) po to, aby zaspokoić potrzeby w kraju. To, co może być pocieszające to fakt, że zasoby wystarczą nam jeszcze na 200 lat.

W przypadku ropy naftowej jedynie 5 proc. zapotrzebowania na to paliwo zaspokajane jest z produkcji własnej - reszta pochodzi z importu. Co więcej, zapotrzebowanie na ropę rośnie, a największa konsumpcja tego węglowodoru jest w transporcie, który z roku na rok zwiększa swój popyt na to paliwo.

W scenariuszu pod koniec raportu dr Szewrańskiego zawarta została pozytywna dla gospodarki informacja - możliwe jest ograniczenie emisji o 35 proc., a według Instytutu na Rzecz Rozwoju nawet o 48 proc. Ciekawe są estymacje organizacji Greenpeace, w których do 2030 roku Polska może stworzyć 400 tys. "zielonych miejsc pracy". Wytycznymi dla wdrażania tych idei powinny być zatem m.in.: dywersyfikacja polityki energetycznej, ujednolicenie zużycia energii we wszystkich branżach w kraju, ograniczenie energochłonności gospodarki oraz zwiększenie świadomości konsumenckiej poprzez pełną informację na produktach. Ważne jest, aby podjąć takie kroki, bo wg Eco-Innovation Observatory Polska ma najbardziej brudną i najmniej innowacyjną gospodarkę w całej Unii Europejskiej. Przeszkodą dla wdrażania wszelkich inicjatyw jest jednak kryzys gospodarczy w Unii Europejskiej i wysoki koszt wytwarzania produktów ekologicznych.

W tym momencie można odpowiedzieć na pytanie zawarte w tytule artykułu - tak, jesteśmy za biedni, choć ta niezamożność ma głównie charakter mentalny w postaci m.in. braku odwagi na zmiany i ograniczonego spojrzenia perspektywicznego. Jak zauważa Beata Maciejewska z Zielonego Instytutu (think tank promujący wdrażanie zielonej myśli politycznej, ekonomicznej i społecznej oraz dorobek ruchu Zielonych), zielona polityka może być źródłem rozwoju i nie stanowi dla niego alternatywy.

Nie przekonuje Cię hasło "zielonej innowacji"? Przeczytaj polemikę.

Po raz kolejny biorąc pod lupę Niemcy widać u nich ogromną dynamikę zielonego wzrostu (wynika to m.in. ze zmiany "atomowego" kursu przez kanclerz Merkel) i podaż miejsc pracy z nim związanych. W Polsce nie ma nawet definicji podstawowych pojęć z zakresu tej tematyki. Obecna polityka energetyczna w Polsce jest według Maciejewskiej polityką monopolizującą, w której mocne lobby mają podmioty reprezentujące energetykę jądrową. Warto się zatem zastanowić czy lepszą alternatywą dla budowy elektrowni atomowej na Pomorzu nie będzie sworznie elektrowni wiatrowych i słonecznych - są tam bowiem sprzyjające warunki dla tego typu energetyki.

Potrzebę "uzielenienia" gospodarki dostrzega Sojusz Lewicy Demokratycznej. Dr Wojciech Szewko oddał w ostatnim czasie do laski marszałkowskiej stupięćdziesięciostronnicowy projekt Ustawy o odnawialnych źródłach energii, która uwzględnia wszystkie postulaty wysunięte przez Zielony Instytut i środowiska ekologiczne. Pozostaje pytanie czy projekt opuści sejmową zamrażarkę. Podczas debaty w sali komisji sejmowej poruszony został także temat budowy elektrowni atomowej. No i tutaj niespodzianka, budowa takiej infrastruktury do pozyskiwania energii z atomu (przed jakąkolwiek produkcją prądu) będzie kosztować 70 mld złotych. Elektrownia atomowa uzależni Polskę od zagranicznych dostaw, bo nie mamy przecież kopalni uranu i nie produkujemy tzw. "wirówek". Co więcej, ta inwestycja stworzy nieporównywalnie mniej miejsc pracy niż inwestycje energetyki odnawialnej, a cenę budowy pokryć będą musieli podatnicy, bo zapewne w celu sfinansowania budowy podniesione zostaną ceny prądu.

W istocie potrzeba nam alternatywy. Droga energia pociąga za sobą pytanie o stabilność inwestycji. Wyobraźmy sobie co się stanie, jeżeli znajdziemy się w obliczu sporów energetycznych poza granicami naszego państwa, na które wpływu nie mamy? Lub jeżeli nastąpi kryzys dostaw z Federacji Rosyjskiej? Bezpieczeństwo energetyczne w Polsce w zasadzie nie istnieje. Można to zmienić, bo przy rozproszonych źródłach energii maleje niebezpieczeństwo "luki dostaw". Jak w imieniu swoich kolegów stwierdził poseł Szewko, SLD nie jest zwolennikiem zamykania kopalń i całkowitej rezygnacji z konsumpcji węgla - chodzi przede wszystkim o dywersyfikację źródeł energii i zmniejszenie konsumpcji paliw kopalnianych (przez m.in. proces współspalania).

Zielona rewolucja jest u bram naszego kraju i to od nas zależy, czy będziemy chcieli zostać prosumentami, którzy będą czerpali korzyści z ekologicznego przetwarzania energii. Konieczna jest do tego innowacyjność w zakresie zielonej gospodarki i impet sił politycznych w celu wdrożenia pomysłu w życie.



do góry